Żegnajcie „newsletteromagicy”

Właśnie osiągnąłem sukces – nie jestem na żadnej liście dystrybucyjnej, mailowej, zwał jak zwał. W każdym razie miałem dość marketingowego spamu „specjalistów” IT. Niestety ale ilość syfu jaki wpadał na skrzynkę przekroczył masę krytyczną i czas było na porządki.

Sposobem na nie odcinanie się od wszystkich treści było skonfigurowanie porządnie czytnika RSS. Tutaj FeedBro w przeglądarce robi mi robotę na chwilę obecną. Choć docelowe rozwiązanie jest takie jak było bardzo dawno temu. Mianowicie Calibre + Send To Kindle lub jakiś czytnik RSS + IFTTT.

Póki co na RSS poza samymi blogami które śledziłem mam trochę blogów-zbieraczy linków do nowych, ciekawych, treści. Czytam z palca zaglądając do RSS wtedy kiedy sam zechcę, a nie wtedy kiedy się pojawia wpis lub kiedy autor wpada na pomysł spamowania mi skrzynki.

Jednak najważniejsze jest odcięcie się od całej machiny marketingowo spamerskiej branży IT. Co by nie mówić ostatnie trendy panujące w branży spieprzyły cały sens istnienia newsletterów. Tak jak lubię czytać długie, ciekawe, maile, tak jak lubię również idee sprzedaży swoich materiałów przez ich autorów, zwłaszcza w sposób bezpośredni autor-klient bez pośredników pożerających prowizje. Tak mam dość tego jak wielu ludzi poszło obecnie drogą okienek sprzedażowych, spamowania mailami o tychże sprzedażach, tj moment gdy ze wszystkich IT newsletterów ponad połowa otrzymywanych wiadomości stała się marketingowym shitem… był dla mnie chwilą decyzji o wypieprzeniu tego wszystkiego z mojej skrzynki.

Co więcej, stwierdziłem że może warto doceniać ludzi handlujących normalnie towarem. Tj kupujący powinien moim zdaniem decydować o terminie zakupu. Cena może się zmieniać, rozumiem to, ale to klient wie kiedy potrzebuje danych treści. Jeśli potrzebuję nauczyć się czegoś to znaczy że potrzebuję nauczyć się tego teraz… a nie za pół roku lub nie kwartał temu. Sorry ale o ile rozumiem ideę przedsprzedaży czegoś i czekanie na publikację materiałów (jeśli ufa się twórcom) o tyle nie rozumiem czemu gotowy produkt miałby być racjonowany klientom.

Sztucznemu napędzaniu popytu, mamieniu „ekskluzywnością” i dostępem dla wybrańców – mówię NIE. Ludzie są na swoich – różnych – etapach życia i nauki. Nie chcę dziś planować „a kupię xxx, wydam dzisiaj, a użyję za 4 miesiące jak dojdę do tego etapu”, bo zwyczajnie to nie ma sensu. W międzyczasie trzy razy może się człowiekowi życie wywrócić do góry nogami. Z drugiej strony, za te 3 miesiące jak będę potrzebował podszkolić się z danego tematu to nie będę opóźniał życia i … wymagań projektu na przykład o miesiąc albo siedem jak ulubiony autor wypuści znów okienko sprzedażowe. Pójdę do kogoś kto rozumie klienta, a nie tylko „idealną strategię marketingową”. Także może i zarobisz na czymś miliony monet, ale swoje monety dam temu kto będzie miał produkt w sprzedaży wtedy kiedy będę go potrzebował.